Masakra w My Lai pozostaje jedną z najciemniejszych kart wojny w Wietnamie – wydarzeniem tak brutalnym, że do dziś kino nie znalazło dla niego adekwatnego języka. To paradoks: medium, które niejednokrotnie przekraczało granice przedstawiania przemocy, w tym przypadku milczy. Dlaczego? Dlaczego historia miejsca, w którym amerykańscy żołnierze w kilka godzin zamienili wioskę w masowy grób, nie doczekała się filmu na miarę grozy i moralnego ciężaru tej tragedii? Niniejszy tekst jest próbą odpowiedzi na te pytania – opowieścią o potwornej zbrodni, o mechanizmach wojny, które ją umożliwiły, o pamięci, którą próbowano wymazać, oraz o filmie, który – być może właśnie dlatego – do dziś nie powstał.
.

.
Pracując nad monografią kina wojennego, uświadomiłem sobie, że jej źródła sięgają czasów mojej młodości. To właśnie wtedy, po raz pierwszy, natknąłem się na reportaż o masakrze w wietnamskiej wiosce My Lai (wietn. Mỹ Lai) – tekst, który wstrząsnął mną tak głęboko, że na długo odcisnął piętno na moim myśleniu o wojnie, przemocy i o człowieku. W istocie to właśnie tamten moment stał się początkiem mojej drogi ku pisaniu o kinie wojennym.
Moje pierwsze artykuły opublikowane w prasie dotyczyły właśnie tego tematu: tekst Od zieleni beretów do wioski My Lai – losy tematu wietnamskiego w kinie amerykańskim został opublikowany w miesięczniku „KINO”, natomiast praca Czas przemocy, traktująca o mrocznej, agresywnej stronie człowieka oraz sposobach przedstawiania jej na ekranie, ukazała się w kwartalniku „Film na Świecie”. I choć moje zainteresowanie kinem objęło z czasem niemal wszystkie jego gatunki i konwencje, to kino wojenne nieustannie porusza we mnie czułe struny.
Zanim przejdziemy do refleksji nad tym, dlaczego kino amerykańskie – mimo ogromnych możliwości ekspresyjnych – wciąż ma trudności z udźwignięciem tematu masakry w My Lai, należy przypomnieć kluczowe fakty dotyczące tego wydarzenia, które – co należy podkreślić – nie stanowiło odizolowanego, jednorazowego epizodu wojny w Wietnamie. Jego wyjątkowość polega na tym, że zbrodni tej nie zdołano zatuszować – jest ona dokładnie zbadana i faktograficznie udokumentowana. Równie istotne będzie opisanie mechanizmów, które do niej doprowadziły – tego, co sprawiło, że zwykli młodzi ludzie przeistoczyli się w bezlitosnych morderców starców, kobiet i dzieci, zabijając setki bezbronnych, nie stawiających oporu cywilów. Nadużywana formuła „o banalności zła” tego problemu nie wyczerpie. Nie chciałbym jednak, aby fragment ten został odczytany jako rodzaj dydaktycznego memorandum z tezą „co wojna czyni z człowiekiem”, lecz raczej jako próba dotarcia do rdzenia ludzkiej podatności na stosowanie przemocy – zwłaszcza w warunkach wojennych. Należy przy tym pamiętać, że agresja, do jakiej zdolny jest każdy człowiek, stanowi wręcz modus operandi każdej wojny, która w istocie tę agresję normalizuje i instrumentalizuje.

Ofiary masakry w My Lai: matka z córką i wnukami. Dziewczyna zapina rozerwaną przez żołnierza bluzkę. Według fotografa wojskowego Ronalda L. Haeberlego, który zdjęcie wykonał, wszyscy zostali zabici chwilę później. (źródło: Wikipedia – public domain)
ZBRODNIA
Co się wydarzyło 16 marca 1968 roku w wiosce My Lai, położonej w jednej z prowincji Wietnamu Południowego?
Wczesnym rankiem amerykańscy żołnierze kompanii dowodzonej przez kapitana Ernesta Medinę zostali przetransportowani helikopterami w rejon miejscowości Son My. Tam, głównie w przysiółku oznaczonym na mapach jako My Lai 4, nieprowokowani przez ogień nieprzyjaciela, przystąpili do systematycznej eksterminacji zamieszkującej go ludności. Podczas całej akcji zabito ponad 500 osób. Wśród ofiar byli wyłącznie cywile: kobiety, dzieci, niemowlęta i starcy. W wiosce nie było ani jednego mężczyzny w wieku poborowym. Nikt nie był uzbrojony, nikt nie stawiał oporu, nikt do Amerykanów nie strzelał.
Masakra trwała kilka godzin. Amerykańscy żołnierze dokonywali masowych egzekucji, dopuszczali się gwałtów na kobietach i kilkunastoletnich dziewczynkach, torturowali, zabijali zwierzęta hodowlane, niszczyli i podpalali domy. Mordowanie Wietnamczyków zainicjował porucznik William Calley, lecz w zbrodni wzięli udział niemal wszyscy żołnierze z dowodzonego przez niego plutonu. Nikt z kompanii się temu nie sprzeciwił. Co znamienne, kapitan Medina również zabił kobietę z dzieckiem, strzelając jej w głowę z bliskiej odległości. Jedną z największych grup mieszkańców, liczącą około stu osób, zapędzono nad rów wypełniony wodą, a następnie dokonano egzekucji, używając karabinów automatycznych i granatów. Wyższe dowództwo wydało w końcu rozkaz do przerwania ognia. Było już koło południa, więc żołnierze udali się na lunch.
Treść tego opisu jest wstrząsająca. I choć masakra w My Lai może uchodzić za jeden z najbardziej dobitnych przykładów wojennego szaleństwa, to jednak – co zaskakujące i zarazem paradoksalne – zachowanie żołnierzy można wyjaśniać w kategoriach racjonalnych. Należy przy tym stanowczo podkreślić, że nawet zrozumienie motywacji i powodów takiego, a nie innego postępowania żołnierzy, nie może być nigdy równoznaczne z usprawiedliwieniem tego, co uczynili. Mechanizmy wojny, jakkolwiek przemożne, nie zwalniają człowieka z moralnej odpowiedzialności za własne czyny – zwłaszcza jeśli noszą one znamiona zbrodni.
Wojna w Wietnamie, jak każda wojna, zawieszała moralny porządek obowiązujący w czasie pokoju i wprowadzała nową logikę przetrwania, kreując tym samym radykalnie inną rzeczywistość. Na każdej wojnie dotychczasowe normy tracą znaczenie, życie ludzkie tanieje, a zabijanie i gwałtowna śmierć stają codziennością. Wroga się dehumanizuje – traci on status osoby, stając się jedynie kategorią: to „bandyta”, „terrorysta”, „żółtek”, „jap”, „”gook”, „szczur”, „karaluch”… Łatwiej jest wtedy zabijać – imperatyw fizycznej eliminacji nieprzyjaciela zastępuje sumienie. Tak było również w Wietnamie.
Jednak, obok tych uniwersalnych mechanizmów wojny, w przypadku żołnierzy, którzy byli sprawcami masakry My Lai, działały jeszcze inne okoliczności – specyficzne dla sytuacji, w jakiej się oni znaleźli. Wojna w Indochinach była konfliktem partyzanckim, „bez frontu” – wróg był często niewidoczny i mógł uderzyć nagle. Trudno też było czasem odróżnić cywila od bojownika Vietcongu. Kompania poniosła straty zanim jeszcze wysłano ją do My Lai: kilku żołnierzy zginęło od kul snajperów lub zostało rozrywanych przez miny-pułapki. To z kolei powodowało narastającą nienawiść i żądzę odwetu. Zagrożenie było realne i nieprzewidywalne. Utrzymywało to żołnierzy w stanie permanentnego napięcia, graniczącego z paranoją. Istotne były również inne czynniki: zmęczenie, nadużywanie alkoholu i narkotyków, ogólny chaos taktyczny oraz izolacja od normalnego środowiska.
Do tego wszystkiego dochodziła polityka amerykańskiego dowództwa, która legitymizowała ekscesywną przemoc, wprowadzając takie doktryny jak body count („liczenie ciał”), free-fire zones („strefy wolnego ognia”) oraz taktykę search and destroy („przeszukaj i zniszcz”). W systemie body count miarą sukcesu oddziału była liczba zabitych przeciwników. Presja na wykazanie się skutecznością prowadziła do nagminnego zawyżania i fałszowania raportów. Z czasem do tej statystyki włączano każdego zabitego cywila – nawet jeśli były to dzieci. Nacisk na agresywne działanie był ogromny i bezprecedensowy. Zabójstwo Wietnamczyka nie tylko nie było weryfikowane pod kątem zasadności, lecz wręcz uznawano je za główny cel, obowiązek i osiągnięcie. Taktyka Search and destroy sprowadzała się do bezwzględnego imperatywu: wejść, zniszczyć, zabić, wycofać się. W „strefach swobodnego ognia” dowódcy i żołnierze posiadali nieformalną „licencję na zabijanie”: mogli niszczyć całe wioski – bombardując je, paląc napalmem, ostrzeliwując z ziemi i z helikopterów – oraz zabijać ich mieszkańców wedle własnego uznania i bez weryfikowania faktycznego zagrożenia, jeśli tylko podejrzewano, że znajdują się tam partyzanci Vietcongu lub ich sympatycy (My Lai znajdowała się właśnie w takiej strefie.) Nikt nie był rozliczany za błędne podejrzenia prowadzące do zabójstw niewinnych ludzi, ponieważ nikogo to nie obchodziło. Czy może więc dziwić, że liczbę ofiar tej wojny po stronie rdzennych mieszkańców – nie licząc ponad miliona zabitych żołnierzy obu stron – szacuje się na około dwa miliony?
Żołnierze, wkraczając do My Lai, byli przekonani, że spotkają się tam z oporem Vietcongu (który w rzeczywistości ulokowany był w rejonie odległym o ponad sto kilometrów). Jednakże skumulowana presja psychiczna i opisane wyżej czynniki spowodowały, że nawet jeśli nie oddano do nich ani jednego strzału, a w wiosce natrafili wyłącznie na cywilów, to jedna komenda – „załatwcie ich” Calley’a – wystarczyła, by rozpętało się pandemonium: masakra niewinnych ludzi. Wcześniejsze rozkazy („strzelajcie do wszystkiego, co się rusza”), rozmycie odpowiedzialności wynikające z działania w grupie, narastający strach, konformizm oraz wyzwolony instynkt agresora – wszystkie te elementy zbiegły się w eskalacji zabijania. Należy przy tym podkreślić, iż nie był to jedynie odruch ani działanie w krótkotrwałym afekcie. Zabijanie przybrało bowiem formę systematycznej eksterminacji i trwało wiele godzin.
Była to zbrodnia wojenna, niepodlegająca w żaden sposób usprawiedliwieniu – nawet w kontekście znanych nam dziś warunków jej popełnienia oraz kondycji psychicznej żołnierzy. A jednak niewiele brakowało, by została ona „zamieciona pod dywan” – system nie tylko ją umożliwił, ale aktywnie dążył do jej ukrycia. Jedynie stanowcze działanie whistleblowera, Ronalda Ridenhoura, byłego żołnierza służącego w Wietnamie, który wysłał kilkadziesiąt listów do kongresmenów, Pentagonu i prezydenta – opisując zbrodnię i domagając się wszczęcia śledztwa – doprowadziło do jej nagłośnienia. Warto przy tym zaznaczyć, że nastąpiło to dopiero półtora roku po masakrze.
Sprawa wstrząsnęła opinią publiczną nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także na całym świecie. Decydującą rolę odegrały w tym zdjęcia wykonane w My Lai przez wojskowego fotografa Ronalda L. Haeberlego, opublikowane w prasie po ujawnieniu sprawy przez Ridenhoura.
Pisząc o My Lai, nie można pominąć humanitarnego czynu Hugh Thompsona, pilota śmigłowca, który podczas masakry uratował grupę wietnamskich cywilów. Widząc zabijanie nieuzbrojonych ludzi, wraz ze swoją załogą – strzelcem pokładowym Lawrencem Colburnem oraz mechanikiem Glennem Andreottą – wylądował pomiędzy żołnierzami a mieszkańcami wioski i ewakuował dziewięć osób. Co więcej, Thompson wydał załodze rozkaz, by w razie potrzeby celowali bronią w stronę amerykańskich żołnierzy, co powstrzymałoby egzekucję. Jakiś czas później – po ewakuacji Wietnamczyków w bezpieczne miejsce – helikopter Thompsona wylądował przy rowie pełnym zwłok, z którego Andreotta wyciągnął rannego chłopca. Ocalał on jako jedyny członek swojej rodziny, ukryty pod ciałami martwej matki i rodzeństwa.
Już w trakcie akcji Hugh Thompson sygnalizował dowództwu, że żołnierze masowo zabijają cywilów. Na szczęście interwencja ta doprowadziła do przerwania ognia. Po zakończeniu działań złożył szczegółowy raport opisujący zbrodnię, jednak został on zlekceważony i zignorowany, a sam Thompson spotkał się z ostracyzmem i konsekwencjami – łącznie z narażeniem jego życia poprzez celowe wysyłanie go na misje bez należytej ochrony. Przez lata był publicznie oczerniany, otrzymywał pogróżki, a część środowisk wojskowych uznała go wręcz za zdrajcę. Pomimo relacji Thompsona, w oficjalnych raportach wojskowych masakrę przedstawiono jako udany bój z siłami Vietcongu, w którym zabito 128 żołnierzy wroga i – co znamienne – nie odnotowano żadnych ofiar cywilnych.
Kiedy prawda wyszła na jaw i nie można już było zbrodni w My Lai ukryć, doszło do procesu. Oskarżono dwudziestu sześciu żołnierzy i oficerów – o zabójstwa, tuszowanie zbrodni oraz fałszowanie raportów. Większość spraw została umorzona jeszcze przez rozprawą albo zakończyła się uniewinnieniem. Proces wojskowy trwał ponad rok. Jedyną osobą, którą ostatecznie skazano, był podporucznik William L. Calley. Otrzymał on wyrok dożywotniego więzienia, jednak spędził tylko trzy i pół roku w areszcie domowym, ułaskawiony w 1974 roku przez prezydenta Nixona.
Reakcja społeczeństwa na skazanie Calley’a była głęboko spolaryzowana: część widziała w nim kozła ofiarnego, inni uznali wyrok za zbyt łagodny wobec skali zbrodni. W mojej ocenie obie strony sporu miały rację, mimo iż formułowały swoje opinie z przeciwstawnych pozycji. Calley był kozłem ofiarnym, ponieważ setki, jeśli nie tysiące innych żołnierzy zabijało na tej wojnie bezbronnych cywili i nie poniosło za to żadnej odpowiedzialności. Ponadto, zbrodnia w My Lai miała charakter systemowy. W tym sensie odpowiedzialność spoczywała przede wszystkim na politykach, którzy zaangażowali Stany Zjednoczone w ten konflikt, oraz na dowództwie armii amerykańskiej, które stworzyło specyficzne warunki i wprowadziło strategie sprzyjające zabijaniu cywilów.
Taką opinię wyraża jeden z wietnamskich weteranów, uczestnik masakry, w filmie dokumentalnym PBS American Experience: „Jeśli chodzi o życie z hańbą My Lai – ja nie czuję żadnej hańby. Zrobiłem to, co uważałem, że powinienem zrobić. Hańba spoczywa na politykach i dowództwie wojskowym – nie na mnie, nie na innych żołnierzach kompanii Charlie, nie na poruczniku Calley’u ani na kapitanie Medinie. To hańba narodowa.”
Rozumiem, że ciężar tej zbrodni jest trudny do udźwignięcia – stąd ta eksterioryzacja winy: przeniesienie jej na państwo, rząd i wyższe dowództwo. Trudno mi jednak zaakceptować usprawiedliwienie, które całkowicie znosi odpowiedzialność jednostki.
W niniejszej monografii* staram się unikać kategorycznych osądów moralnych, co jednak nie oznacza, że powinienem zapomnieć o wyznawanym przeze mnie kodeksie etycznym. Z tej perspektywy nie tylko uznaję winę instytucji i systemu, lecz także współwinę żołnierzy, którzy wymordowali niemal wszystkich mieszkańców wioski My Lai. Uważam przy tym, że Calley nie poniósł adekwatnej kary za popełnione czyny.
Kiedy jako kilkunastoletni chłopak przeczytałem o My Lai, przeżyłem szok – było to jedno z najważniejszych doświadczeń w moim życiu, uświadamiających mi granice ludzkiej zdolności do czynienia zła, czy też raczej ich brak. Później starałem się odnaleźć pewną równowagę, koncentrując się na dobrych stronach ludzkiej natury. Tę wiarę w człowieka przywrócili mi ów pilot helikoptera i jego towarzysze – „jedyni sprawiedliwi”, którzy ocalili ludzi od niechybnej śmierci.
Gwoli sprawiedliwości należy odnotować, że Thompson, Colburn i Andreotta zostali uhonorowani w 1998 roku Medalem Żołnierza – najwyższym amerykańskim odznaczeniem za bohaterstwo poza bezpośrednią walką (Andreotta pośmiertnie). Dziś są oni symbolem odwagi moralnej i dowodem na to, że sprzeciw wobec zbrodni jest możliwy nawet w najbardziej skrajnych warunkach wojny.
FILM, KTÓREGO NIE MA
Ta część monografii poświęcona wojnie w Wietnamie ma również na celu ujawnienie najważniejszych jej aspektów: historycznych, humanitarnych, społecznych i psychologicznych. Dlatego wątek zbrodni popełnionej na mieszkańcach My Lai jest dla mnie tak istotny i poświęcam mu tutaj tak wiele miejsca. Pisząc o Ofiarach wojny Briana De Palmy, zaznaczyłem, że ukazana tam zbrodnia prowadzi bezpośrednio właśnie do My Lai – mordu popełnionego przez amerykańskich żołnierzy na znacznie szerszą skalę. Jednak podczas gdy De Palma zdołał przedstawić tamtą tragiczną historię na ekranie – i to w sposób mistrzowski – kino amerykańskie do tej pory nie było w stanie zrobić tego samego w przypadku My Lai. Innymi słowy: nadal nie powstał film, który wprost zobrazowałby to, co wydarzyło się w tej wiosce 16 marca 1968 roku.
Zastanawiam się, dlaczego.
Wydaje się, że nie ma granic, które film nie mógłby przekroczyć, jednakże nie dotyczy to kina mainstreamowego – takiego, które skierowane jest do szerokiej widowni. Kino to ograniczone jest pewnymi normami, zwłaszcza w ukazywaniu seksu i przemocy. Mam tu na myśli nie tylko cenzurę, lecz także – a może nawet przede wszystkim – próg tolerancji widza na sceny drastyczne.
Mimo wszystko sądzę, że nawet przy tych ograniczeniach nakręcenie filmu o My Lai byłoby możliwe, choć niezwykle trudne, zważywszy na naturę tego wydarzenia. Jeśli miałby on pozostać wierny historii, musiałby ukazać masowe egzekucje i gwałty w pełnym wymiarze – a to zajęłoby lwią część projekcji i zdominowałoby jej narracyjne centrum. Groziłoby to nie tylko szokiem wśród publiczności, ale i swoistym percepcyjnym odrętwieniem: mechanizmy obronne widza znieczuliłyby go w końcu na widoczny na ekranie horror.
Wydarzenia w My Lai miały oczywiście swoją dramaturgię, ale samo dokonywanie tej zbrodni było chaotyczne, w swej potworności monotonne i odbywało się na wielką skalę – a doprawdy ostatnią formą, jaką odpowiedzialny twórca chciałby tu zastosować, byłaby epika. Poza tym, sprawą niezwykle istotną byłoby zachowanie godności ofiar, co również byłoby niezwykle trudne bez osunięcia się w wojerystyczną eksploatację tej tragedii czy jej estetyzację. Film musiałby też naruszyć etyczne tabu: masowe mordowanie dzieci, zbiorowe gwałty, dokonywane również na kilkunastoletnich dziewczynkach. Jak uniknąć przy tym pornografii przemocy?
Na pewno obraz taki zostałby powszechnie uznany za antyamerykański – a więc należałoby zmierzyć się z reakcją nie tylko części publiczności o określonych poglądach politycznych, lecz także weteranów, mediów i niektórych krytyków. Wszystko to wiązałoby się z ryzykiem, którego żadne większe studio filmowe nie chciałoby podjąć, ponieważ film najprawdopodobniej okazałby się komercyjnym fiaskiem.
Dla amerykańskiego kina wojennego – zdominowanego przez schematy heroizmu, indywidualnego odkupienia i rozrywkową konwencję – My Lai pozostało wyzwaniem, któremu nie potrafiło sprostać.
Niestety, im bardziej oddalamy się od tamtych wydarzeń, tym mniejsze stają się szanse na powstanie filmu o My Lai: spór o zasadność i istotę tej wojny wydaje się dziś odległą przeszłością, a coraz mniej odbiorców wykazuje zainteresowanie tematyką wietnamską. Niewielu twórców chciałoby dziś rozgrzebywać tę traumę. A przecież Ameryka – w moim przekonaniu – wcale nie przepracowała dostatecznie tej części swojej historii, o wyciągnięciu z niej lekcji na przyszłość nie wspominając. Dlatego możliwy był Irak i Afganistan – a w kolejce, najprawdopodobniej, czekają już następne wojny.
*
Warto odnotować, że powstał jeden film próbujący opowiedzieć historię My Lai – włoska produkcja My Lai Four (2010). Jego istnienie nie podważa jednak zasadności tytułu niniejszego rozdziału, lecz raczej ją potwierdza. Nie jest to bowiem dzieło, które weszło do obiegu kultury, wywołało debatę publiczną czy podjęło temat z należytą wagą etyczną i historyczną. Pozostaje ono obrazem marginalnym, sytuującym się poza głównym nurtem pamięci o Wietnamie.
Obejrzałem My Lai Four w całości i muszę przyznać, że było to dla mnie doświadczenie niezwykle trudne – nie tylko ze względu na samą treść, lecz także sposób, w jaki ten film zrealizowano. Jego twórcy – w moim odczuciu – nie podołali ani konstrukcji scenariusza, ani prowadzeniu aktorów, z których większość sprawiała wrażenie amatorów. Odgrywane przez nich postacie były przerysowane, wręcz karykaturalne. Temat wymagał nadzwyczajnego wyczucia, wrażliwości oraz wielkiej kultury filmowej i odpowiedniej formy. Niestety, nikt – poza autorem zdjęć – temu zadaniu nie sprostał. Potwierdza to dobitnie, że opisane wcześniej trudności (a może wręcz niemożność) nakręcenia filmu o My Lai są w pełni zasadne.
*
Podsumowując: w sensie artystycznym, moralnym i politycznym film o My Lai wciąż nie powstał – zwłaszcza film amerykański, który musiałby zmierzyć się z własnym cieniem i własną odpowiedzialnością. Dlatego My Lai pozostaje „filmem, którego nie ma” – a jego nieobecność stanowi wymowne świadectwo niezdolności hollywoodzkiego kina do konfrontacji z radykalnym złem.
* * *
* Tekst ten jest częścią monografii kina wojennego – rozdziału o filmach zajmujących się wojną w Wietnamie i jej wpływie na społeczeństwo amerykańskie.