gdy Kret zostawia wszystko, literalnie wszystko samopas i jedzie do stajni. Nie obchodzi mnie wtedy telefon, który wyciszam już w momencie zakładania portek. Zostawiam całą załogę najedzoną, w piecu mają napalone, psokoty są wysikane. A ja – bogatsza o czarną skrzynkę, w której przede wszystkim zamykam wiadereczko cukierków paszowych – znikam z radaru. Nie ma sposobu ani siły, nie ma takiego „musu”, który by mnie skłonił do zrezygnowania z tego rytuału. Jest konieczny. Jest leczniczy, jest zawsze taki sam, a za każdym razem inny…
Składa się z szeregu kolejno wykonywanych czynności, których zakres różni się w zależności od pogody i pory roku. Więc takie na przykład czyszczenie konia zimą bezśnieżną a błotnistą nabiera zupełnie innego wymiaru. Gdy zarośnięty długą sierścią koń po dotknięciu zgrzebłem uwalnia chmurę kurzu i zaschniętego błota, które zaraz potem zgrzyta w zębach, jest w tym pewnego typu wyzwalająca radość. Po intensywnym szczotkowaniu jesteśmy już tak samo brudni/czyści, pachniemy sobą, czekamy na przygodę. Pogryzamy truskawkowe serduszka owsiane, ostatnie przed założeniem wędzidła.
Dopinamy popręg – to znak, że nie ma lekko w życiu, ale dajemy radę. Ostatnie poprawki, dociągnięcie po rozstępowaniu zwykle w ruchu, nie lubimy tego „w stój”. A gdy opada tybinka i bat przechodzi z ręki do ręki, ruszamy kłusikiem.
Uczymy się od nowa siebie, czujemy, czy nam wygodnie, w jakich jesteśmy dziś humorach, czy udało już nam się uspokoić na tyle, by poszukać równowagi. Ufamy sobie, ale sprawdzamy się nieustannie. Każdy błąd liczymy, usiłujemy od siebie nawzajem wymagać. Powoli docieramy się, rozgrzewamy kolejne mięśnie, rozluźniamy kolejne stawy, wypełniamy (lub nie) komendy trenerskie. Czasem się biesimy i boczymy na siebie, czasem ja używam bata, a konisko biernego oporu, czasem nam wychodzi, często nie wychodzi nam w ogóle. Bywamy najlepszą parą na śladzie, bywamy też (co częstsze) – ostatnią. Śmieją się z nas, od czasu do czasu chwalą, świadomi widzowie wytykają błędy, nieświadomi patrzą z podziwem (i tych lubimy najbardziej).
Od czasu do czasu bywa, że nie słyszę jednak niczego, oprócz ciała mojego wierzchowca. Świat przestaje istnieć, a my sobie płyniemy w bańce z ciszy i koncentracji. Niekiedy za nic nie umiemy się skupić, oboje widzimy i słyszymy za dużo. Gdzieś pomiędzy łapiemy jednak tę chwilę, gdy jesteśmy naprawdę razem. Mamy kontakt telepatyczny, niepotrzebne są pomoce, a raczej stają się transparentne, starcza jedynie myśl.
Te chwile lubimy najbardziej. Nie ma w nich wielkiego sportu, super osiągów, rywalizacji, przekraczania granic – nie ma w nich szalonego tempa, parkurów po 145 cm, skomplikowanych figur z wyższej szkoły jazdy. Jest za to uczucie nieopisywalne, a szalenie pierwotne. Gdy uda nam się go zaznać, idziemy do boksu szczęśliwi, chrupiemy ananasowe kółeczka owsiane, które konisko samo wygrzebuje sobie pyskiem z mojej kieszeni. Są pyszne;)
Taki stan „alfa” trwa u mnie nawet kilka dni. Udany galop potrafię rozpamiętywać jeszcze wiele godzin, „leżąc krzyżem na trawie”, jak „zakochana” z wiersza Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Więc gdy ostatnio w godzinach stajni ktoś (człowiek! rodzaju męskiego) próbował się ze mną umówić, grzecznie podziękowałam, a w duchu zarżałam donośnie – no koń by się uśmiał, co za pomysł, chłopie!
Trzeba znać miejsce w szeregu boskich stworzeń;) „Bo w sercu Kreta, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu ludzie, przed ludźmi tylko koń”;)