Ryba kulturowa

Umowy są po to, żeby je naciągać 😉 W zasadzie to jako matka dziecka z każdą w tej chwili już możliwą nietolerancją pokarmową, większość czasu zabiera mi gotowanie i tak sobie myślę, czy nie założyć bloga o gotowaniu dla chorych dzieci, bo to jest wyzwanie, którego nie życzę nikomu.

W walce z chorobą, którą znowu opanowałam póki co, niestety – lekarze nie pomogą. Kiedy usłyszałam od pewnej pani doktor „alergolog” – utytułowanej posiadaczki najszerszego SUV-a na parkingu pod przychodnią – uwaga: „Ryba to nie mięso” – to zwątpiłam w ludzkość rodzaju medycznego. Kiedy i kto uczył tę panią biologii – nie pytam o resztę edukacji, bo zaniedbania są – jak widać – znaczne. Zapytałam więc, czy może mi powiedzieć, na jakim drzewie rośnie ryba, to sobie takie posadzę w ogrodzie i zostałam zbesztana w najbardziej podstępny sposób, oto – „to nie temat do żartów, pani głodzi swoje dziecko i zaniedbuje je żywieniowo, mała ma na pewno wiele niedoborów” etc. – czyli płyta pt. „jesteś złą matką, mądralo”.

Odpowiedziałam, że ryba jest w naszym katolickim kręgu wyznaniowo-kulturowym traktowana zupełnie inaczej niż mięso, którego zakazy postne dotyczą szczególnie, ale – musimy rozróżnić w tym wypadku „rybę kulturowo-religijną” od „ryby biologicznej”.

Tego po matce pacjentki w małej przychodni, w małym powiatowym mieście, przyjeżdżająca pani doktor z województwa nie spodziewała się wcale – wykorzystałam moment osłupienia, poprosiłam o recepty, które były mi na cito potrzebne do opanowania kryzysu i wyszłam.

Na parkingu, gdy cofałam Strzałeczką ostrożnie, wzdłuż wiadomego SUV-a, z tylnego siedzenia nadano komunikat: „Mamo, więcej tu nie przyjedziemy, ta pani i tak nam nie pomoże”. Amen, dziecko, amen;)

Dlaczego pytanie „dlaczego?” jest na wsi tak ważne?

Mam wrażenie, że jest to najczęściej zadawane pytanie na wsi. Zadawano nam jej tyle razy, że szczerze mówiąc, nigdy nie myślałam, że kogoś mogą obchodzić te wszystkie odpowiedzi. Szczególnie interesujące jest dla mnie swoiste rozwinięcie tego pytania wprowadzone słowem „przecież”. Dzięki temu zabiegowi dowiadujemy się, jaka jest panująca opinia, której hołduje zadający pytanie. Jest to także subtelny, podprogowy przekaz sposobu wyjścia z dziwnej sytuacji, w której najwyraźniej tkwimy nieświadomie i – utknąwszy raz – cierpimy, należy więc udzielić nam dobrej rady. Kilka przykładów – cytatów, podkreślenia moje:

Dlaczego tu mieszkacie? Przecież mieszkaliście w takim dużym mieście…

Dlaczego wybraliście ten dom? Przecież jest taki mały

Dlaczego nie jecie mięsa? Przecież mięso trzeba jeść!

Dlaczego zwierzęta mieszkają z wami w domu? Przecież powinny na dworze…

Dlaczego nie zrobisz dziecku „ładnego” modelu znaków drogowych na prace ręczne? Przecież dzieciak sam tego nie zrobi ładnie

Dlaczego tak się upieraliście, żeby nie obcinać lipy? Przecież wiadomo było, że gmina i tak to zrobi…

Dlaczego wychodzisz z psem na spacer? Przecież wystarczy go wypuścić na podwórko i niech sobie lata

Dlaczego jeździsz na tych koniach? Przecież można się zabić i jeszcze za to płacisz!

Dlaczego nie wybrukujesz sobie podwórka? Przecież wszyscy to już we wsi zrobili, a u ciebie tylko błoto i jak to wygląda!

Dlaczego nie założysz betonowego ogrodzenia? Przecież to drewniane nie pożyje długo…

Dlaczego macie drewniane okna? Przecież wiadomo, że tylko plastikowe są na zawsze.

Dlaczego trzymasz kota w domu i nie wypuszczasz? Przecież jeśli nawet wpadnie pod samochód, to jest tego tyle we wsi, że zaraz przyniesie ci ktoś następnego.

Dlaczego nie macie drugiego dziecka? Przecież wiadomo, że „z jedynaka ani pies ani sobaka”.

Dlaczego nie odczulisz dziecka? Przecież bierze się takie zastrzyki i dziecko jest zdrowe potem, nie wiesz?…

Dlaczego nie kupujesz drewna w klocach? Przecież to taniej.

Dlaczego nie zrobiłaś sobie na górze sypialni? Przecież wszyscy tak mają.

Dlaczego trzymasz tyle książek? Przecież i tak wszystkich na raz nie będziesz czytać…

Dlaczego nie masz czasu? Przecież głównie siedzisz w domu i nic nie robisz.

Listę można dowolnie wydłużać. Jakieś pomysły? Doświadczenia? Inspiracje?

Jest taki dzień w tygodniu…

gdy Kret zostawia wszystko, literalnie wszystko samopas i jedzie do stajni. Nie obchodzi mnie wtedy telefon, który wyciszam już w momencie zakładania portek. Zostawiam całą załogę najedzoną, w piecu mają napalone, psokoty są wysikane. A ja – bogatsza o czarną skrzynkę, w której przede wszystkim zamykam wiadereczko cukierków paszowych – znikam z radaru. Nie ma sposobu ani siły, nie ma takiego „musu”, który by mnie skłonił do zrezygnowania z tego rytuału. Jest konieczny. Jest leczniczy, jest zawsze taki sam, a za każdym razem inny…

Składa się z szeregu kolejno wykonywanych czynności, których zakres różni się w zależności od pogody i pory roku. Więc takie na przykład czyszczenie konia zimą bezśnieżną a błotnistą nabiera zupełnie innego wymiaru. Gdy zarośnięty długą sierścią koń po dotknięciu zgrzebłem uwalnia chmurę kurzu i zaschniętego błota, które zaraz potem zgrzyta w zębach, jest w tym pewnego typu wyzwalająca radość. Po intensywnym szczotkowaniu jesteśmy już tak samo brudni/czyści, pachniemy sobą, czekamy na przygodę. Pogryzamy truskawkowe serduszka owsiane, ostatnie przed założeniem wędzidła.

Dopinamy popręg – to znak, że nie ma lekko w życiu, ale dajemy radę. Ostatnie poprawki, dociągnięcie po rozstępowaniu zwykle w ruchu, nie lubimy tego „w stój”. A gdy opada tybinka i bat przechodzi z ręki do ręki, ruszamy kłusikiem.

Uczymy się od nowa siebie, czujemy, czy nam wygodnie, w jakich jesteśmy dziś humorach, czy udało już nam się uspokoić na tyle, by poszukać równowagi. Ufamy sobie, ale sprawdzamy się nieustannie. Każdy błąd liczymy, usiłujemy od siebie nawzajem wymagać. Powoli docieramy się, rozgrzewamy kolejne mięśnie, rozluźniamy kolejne stawy, wypełniamy (lub nie) komendy trenerskie. Czasem się biesimy i boczymy na siebie, czasem ja używam bata, a konisko biernego oporu, czasem nam wychodzi, często nie wychodzi nam w ogóle. Bywamy najlepszą parą na śladzie, bywamy też (co częstsze) – ostatnią. Śmieją się z nas, od czasu do czasu chwalą, świadomi widzowie wytykają błędy, nieświadomi patrzą z podziwem (i tych lubimy najbardziej).

Od czasu do czasu bywa, że nie słyszę jednak niczego, oprócz ciała mojego wierzchowca. Świat przestaje istnieć, a my sobie płyniemy w bańce z ciszy i koncentracji. Niekiedy za nic nie umiemy się skupić, oboje widzimy i słyszymy za dużo. Gdzieś pomiędzy łapiemy jednak tę chwilę, gdy jesteśmy naprawdę razem. Mamy kontakt telepatyczny, niepotrzebne są pomoce, a raczej stają się transparentne, starcza jedynie myśl.

Te chwile lubimy najbardziej. Nie ma w nich wielkiego sportu, super osiągów, rywalizacji, przekraczania granic – nie ma w nich szalonego tempa, parkurów po 145 cm, skomplikowanych figur z wyższej szkoły jazdy. Jest za to uczucie nieopisywalne, a szalenie pierwotne. Gdy uda nam się go zaznać, idziemy do boksu szczęśliwi, chrupiemy ananasowe kółeczka owsiane, które konisko samo wygrzebuje sobie pyskiem z mojej kieszeni. Są pyszne;)

Taki stan „alfa” trwa u mnie nawet kilka dni. Udany galop potrafię rozpamiętywać jeszcze wiele godzin, „leżąc krzyżem na trawie”, jak „zakochana” z wiersza Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Więc gdy ostatnio w godzinach stajni ktoś (człowiek! rodzaju męskiego) próbował się ze mną umówić, grzecznie podziękowałam, a w duchu zarżałam donośnie – no koń by się uśmiał, co za pomysł, chłopie!

Trzeba znać miejsce w szeregu boskich stworzeń;) „Bo w sercu Kreta, gdy je położysz na dłoń, na pierwszym miejscu ludzie, przed ludźmi tylko koń”;)

 

 

Nowe porządki

Wprowadzam dwie nowe zasady blogowania:

Zasada 1.

Trzy posty w miesiącu – zawsze w weekend, najczęściej w piątek;) Jeden weekend wolny, ale nigdy nie wiadomo który;)

Zasada 2.

Posty tematyczne – co następuje:

  • generalny/ o pierdołach/zgodny z tradycją;)
  • o książkach/dla snobów literackich
  • o koniach/bez komentarza

Postaram się, aby każdy post pojawiał się na czas. Muszę przyjąć powyższe reguły, aby zachować pewną równowagę w blogowaniu i nie popaść natychmiast w jakieś skrajności – np. nie pisać tylko i wyłącznie o koniach. Oczywiście, jak to u mnie, niewykluczone, że coś takiego się zdarzy;)

Usiłuję się także lepiej posługiwać nowym interfejsem. Podobno komentarze będą wskakiwały same, jeśli pierwszy koment danego autora zostanie choć raz przeze mnie zatwierdzony – zobaczymy, jak to będzie działać. Jeśli źle – przenosimy „bordello” do bloggera.

Tematyka będzie zatem zróżnicowana, choć ostrzegam, że literacka część blogowania mojego nie wszystkim może przypaść do gustu. Częściowo może i o to chodzi;) Żeby w dobie „przypadania” i pogoni za „przypadaniem” – właśnie obcesowo i otwarcie „nie przypadać”;)  Jeżeli nie będę  mogła znaleźć niczego godnego pochwały, post literacki pominę i/lub napiszę o koniach;) Postaram się nie pisać o złych książkach, choć czasami się zdarzy, a na pewno zdarzy się niedługo. I nie będę pisać o tzw. „nowościach wydawniczych”, bo zdecydowanie i coraz częściej raczej nie ma o czym…

Gdy myślę o moim świecie, taki właśnie mam obraz: tzw. „życie”, literatura, konie – w zmiennych proporcjach, chciałbym, aby ten nowy blog jakoś to odzwierciedlał. Tyle postulatów programowych. Odmeldowuję się;) Howkh.

 

 

Kret is back!

Post próbny. Post próbny. Jak mnie słychać? A widać? Odbiór.

Proszę o wybaczenie. Choć nieśmiało, bo sama wiem, jak bardzo to niewybaczalne;) Gdyby nie maile od Agniechy, Ankhi, Bohaczykowa i całej reszty, pewnie zniknęłabym już na zawsze. Poniekąd zniknęłam. Do starej wersji bloga mogą zaglądać tylko niektórzy, ale zapewniam, że nic się tam nie wydarzy. Umarła. A z nią moje pięcioletnie archiwum. Trudno. Czas na nowe rozdanie. Myślę, że okres karencji już wystarczający. Tak twierdzi Tomaszewska, a ona się zna. Zatem witam ponownie. Informuję na wstępie, że u nas wszystko gra i buczy, zespół w niezmienionym składzie zasiedla niezmienione domostwo. Dzieje się zaś wiele i newsów nie sposób wszystkich spisać. Ale – postaram się powoli wszystko „ogarnąć” jak się teraz mawia. Choć jedynie Hana wie, jak mi ciężko;)

Na początek spróbuję dać sobie radę z wordpressem, bo bloggera naprawdę miałam już dosyć.

A to na dowód, że to naprawdę ja;) Witam ponownie i pozdrawiam wszystkich czytaczy, którzy tu ze mną przywędrowali i wywlekli mnie z e-niebytu. Uśmiecham się również do tych zupełnie nowych, którzy – mam nadzieję – także się pokażą.

20160626_124805

No i przepraszam za brak zdjęcia koniowatego jakiegoś – postaram się wkrótce nadrobić. Ostatnie zdjęcia „na bloga” robiłam naprawdę dawno temu.